Patroni

Św. Stanisław Kostka

Św. Stanisław Kostka urodził się w grudniu 1550 r. w Rostkowie. Stanisław i jego rodzeństwo wzrastali w religijnej atmosferze rodzinnego domu. Gdy był mały jego nauczaniem zajmowali się rodzice. Następnie w wieku 12 lat wraz z bratem zaczął kształcić się u młodego nauczyciela Jana Bilińskiego.

Gdy miał 14 lat wyjechał z Pawłem na dalszą naukę do Wiednia. Zamieszkał w internacie prowadzonym przez Jezuitów. Szkolne początki były trudne z powodu dużych zaległości w edukacji jakie miał w porównaniu do innych uczniów. W drugim jednak roku należał już do najlepszych, a z czasem nawet ich prześcignął. Zawdzięczał to nie tylko nieprzeciętnym zdolnościom, ale najbardziej pracowitości, pilności i sumienności.

Wśród kolegów wyróżniał się pobożnością i skromnością. Gorliwie służył do Mszy św., często pozostawał w kaplicy by adorować Najświętszy Sakrament . Szczególnie ukochał Matkę Boską. Mając zamiar wstąpić do zakonu Jezuitów, usiłował prowadzić życie na wzór zakonny, co było powodem przykrości ze strony starszego brata Pawła.

W czasie pobytu w Wiedniu, w grudniu 1566 roku, Stanisław bardzo ciężko zachorował. Powrót do zdrowia zawdzięczał Matce Boskiej. Gdy był w nowicjacie w Rzymie opowiadał, że ujrzał Maryję z Dzieciątkiem Jezus, które złożyła mu na ręce. Otrzymał wtedy polecenie wstąpienia do Towarzystwa Jezusowego. Doskonale wiedział, że ojciec nigdy nie zgodzi się, by jego syn został zakonnikiem. Kiedy przekonał się, że w Wiedniu nie może być przyjęty do zakonu, zdecydował się na czyn, szaleńczy. Dnia 10 sierpnia 1567 r., w niedzielę rano po Mszy św., ubrany w ubogie szaty, by nie zwracać na siebie uwagi, decyduje się na ucieczkę. Zostawił list, w którym tłumaczy bratu dlaczego podjął taką decyzję oraz prosi o pożegnanie w jego imieniu rodziców.

Paweł zorganizowali pościg, Stanisława jednak ten nie rozpoznał go w stroku żebraka. Udał się on najpierw do Augsburga, a następnie do Dylingi, mając nadzieję, że może będzie przyjęty przez prowincjała Jezuitów w Niemczech, Ojca Piotra Kanizjusza. Późniejszy święty Kanizjusz, przekonał się o wielkiej wartości Stanisława i dał mu radę: jeśli chcesz być zakonnikiem, idź do samego generała Ojców Jezuitów do Rzymu. Wystawił też Stanisławowi wspaniałą opinię, pisząc: ” Spodziewam się po nim rzeczy przedziwnych”. Podczas długiej i bardzo uciążliwej podróży Stanisław napisał list do rodziców.

Do Rzymu przybył 25 października 1567 r. i zapukał do furty klasztornej Ojców Jezuitów. Generał O. Franciszek Borgiasz, również późniejszy święty, zadecydował o przyjęciu Stanisława do nowicjatu wbrew woli rodziców. W nowicjacie, jak stwierdzili liczni świadkowie, był wzorem zakonnika. Najświętszą Maryję Pannę nazywał swoją Matką i Panią.

Na miesiąc przed śmiercią Stanisław wyznał przyjaciołom, że nie opuszcza go przeczucie o bliskiej śmierci. Gdy śmiertelnie zachorował prosił Matkę Bożą, by Jej Wniebowzięcie mógł przeżywać w niebie. Gdy stan jego zdrowia nagle się pogorszył, poprosił o spowiedź, przyjął Komunię Świętą i Sakrament Chorych. Odchodził z tego świata z całą świadomością. Z krzyżem i obrazkiem Matki Bożej w ręku dnia 15 sierpnia 1568 roku o godzinie trzeciej zasnął cicho i spokojnie.

Kościół ogłosił go błogosławionym w roku 1605, a świętym w roku 1726.


Bł. Karolina Kózkówna

Bł.Karolina Kózkówna przyszła na świat 2 sierpnia 1898 r., jako czwarte z jedenaściorga dzieci Jana i Marii Kózków.

Trwającą 6 lat naukę w szkole wiejskiej Karolina rozpoczęła w 1906 r.

Mówiono o niej „prawdziwy anioł”, „pierwsza dusza do nieba”. Szczególnie ukochała Matkę Najświętszą, codzienne odmawianie różańca dawało jej ogromna wewnętrzną radość, podobnie jak gorliwe uczestnictwo w Mszy świętej, adorowanie Najświętszego Sakramentu. Z Pismem Świętym w dłoni była wzorem dla młodszego rodzeństwa, dzieci ,dla których organizowała katechezy „pod gruszą” i dorosłych. W pracy była niestrudzona: pomagała rodzicom i sąsiadom w pracach polnych, służyła rodzeństwu. Była bardzo wrażliwa na cierpienia chorych i samotnych, którym starała się pomóc na miarę swych możliwości.

Apostolstwo Modlitwy, Bractwo Wstrzemięźliwości, Żywy Różaniec były narzędziem pomagającym zbliżać się jej do Boga i pomagać w tym innym. Działalność ta była bardzo owocna, skoro proboszcz Zabawy, zapewniał, że Karolina była mu prawą ręką. Podobną apostolską gorliwość ujawniała w rodzinnym przysiółku, pomagając swemu wujowi F. Borzęckiemu w prowadzeniu wiejskiej czytelni.

Jej skromne, wiejskie życie kryło za sobą jakąś tajemnicę. Przy bliższym poznaniu życia błogosławionej dostrzega się u niej wielkie bogactwo życia religijnego; jakby namacalnie odczuwa się obecność łaski Bożej. Z jednej strony – jak zeznają naoczni świadkowie – jej postępowanie mieściło się w ramach zwyczajnej, choć gorącej pobożności wiejskiej. Z drugiej zaś, ci sami świadkowie, ludzie religijni i trzeźwi, są przekonani iż Karolina w swym życiu nie popełniła nawet grzechu lekkiego, a jej cnoty nosiły znamię heroiczności.

Rankiem 18 listopada Karolina zapragnęła udać się do kościoła, mówiła matce, ze odczuwa dziwny niepokój. Okazało się, że i matka miała jakieś niedobre przeczucie. Stanowczo zakazała Karolinie wychodzić z domu, a do kościoła udała się sama. Gdy do domu wpadł rosyjski żołnierz Karolina była w domu razem z ojcem, siostrą Rozalią i maleńkim braciszkiem Władysławem. Żołnierz rozejrzawszy się, zapytał, gdzie są wojska austriackie, na co Karolina odpowiedziała, że nie wie i natychmiast poleciła młodszej siostrze Rozalii przywołać ojca. W tym czasie Karolina próbowała wymknąć się z mieszkania. Żołnierz jednak zastawił wyjście. Chwyciwszy następnie Karolinę za rękę, kazał jej oraz ojcu ubierać się w drogę, rzekomo do komendanta, mówiąc przy tym do Karoliny: „Ładna jesteś, ty mi drogę pokażesz!” Napadnięci próbowali protestować, ale wywołało to tylko większą wściekłość żołnierza.

Wyszedłszy z domu, ojciec i Karolina skierowali się ku wsi, w nadziei, że w razie niebezpieczeństwa łatwiej tam będzie o ratunek. Żołnierz jednak rozkazał stanowczo: „Idziemy do lasu”. Wkrótce po wejściu w las, napastnik przyłożył ojcu lufę karabinu do głowy, nakazując wrócić do domu. Ten jednak prosił usilnie, aby on sam mógł iść dalej, zaś Karolina niechaj wraca do domu. Także Karolina prosiła: „Tato, nie odchodź”. Prośby na nic nie dały, a sterroryzowany ojciec, zawrócił. Tymczasem Karolina pozostała sam na sam z dzikim i uzbrojonym złoczyńcą, który przemocą prowadził ją w głąb lasu. W pewnym jednak momencie – dziewczyna wyrwała się i zaczęła uciekać. Całe zdarzenie widziało dwóch świadków. Relacja tych świadków oraz wszystkie inne spowodowały wielkie poruszenie we wsi.

Po dwóch tygodniach, dnia 4 grudnia, jeden z mieszkańców wioski, zbierający w lesie drwa natknął się na martwe ciało Karoliny. Znajdowało się po przeciwnej stronie lasu, a więc nie tam, gdzie poszukiwano, ale na trzęsawisku w odległości zaledwie kilkudziesięciu metrów od otwartego pola. Karolina leżała na wznak, z prawą dłonią zaciśniętą, wspartą na łokciu drugiej ręki, i skierowaną ku górze. Lewa ręka, ściskająca chustkę w zaciśniętej pięści, leżała na ziemi. Pod głową i barkami znajdowała się kałuża zamarzniętej i wsiąkłej w ziemię krwi. W pewnej odległości znaleziono porzucone, być może dla ułatwienia ucieczki, buty Karoliny, jeszcze dalej kurtkę.

Franciszek Szwiec natychmiast udał się z bolesną nowiną do domu Kózków. „Córkę wam znalazłem – rzekł – leży zabita w lesie”. Ojciec powtarzając: „Zabita, zabita”, zaprzągł konia do wozu, aby przywieźć martwe ciało dziewczyny. Powiadomiono także proboszcza.

Pogrzeb Karoliny był pierwszym przejawem jej kultu. Pomimo trwających działań wojennych zgromadziło się ponad 3 tysiące wiernych. W całej parafii panowało głębokie przekonanie o świętości życia Karoliny i o tym, że życie swe złożyła w heroicznej obronie czystości.

Z biegiem miesięcy i lat, pomimo nieszczęść straszliwej wojny, pomimo czasowego wysiedlenia ludności i trudnych chwil powojennych, osoba Karoliny nie odchodziła w niepamięć. W kilka miesięcy po bolesnych wydarzeniach, na miejscu odnalezienia ciała postawiono wysoki krzyż z figurką Zbawiciela oraz tablicę marmurową u stóp tego krzyża z napisem: „Ku pamięci szesnastoletniej Karoliny Kózkównej zamordowanej 18 listopada 1914 r.” Poniżej umieszczono następujący wiersz:

„Kiedy najeźdźcy, jak wzburzona fala, Jej wieś zalali, w las uprowadzona Zginęła z ręki dzikiego Moskala Po krwawej walce śmiertelnie raniona. Droższą niż życie była dla niej cnota, Gdy w jej obronie stoczyła bój z wrogiem. Milszą śmierć sroga niż grzechu sromota, Więc męczennicą stanęła przed Bogiem”.

Karolina początkowo pochowano cmentarzu przykościelny, gdzie postawiono figurę Najświętszej Maryi Niepokalanej, z napisami upamiętniającymi wydarzenie. U góry czytamy: „Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą”; zaś nieco niżej: „Tu spoczywa śp. Karolina Kózka, męczennica z ostatniej wojny światowej, ur. 2 VIII 1898 – zamordowana 18 XI 1914 r.

Po prawej stronie postumentu: „Duszo dziewicza, przed tronem Boga proś za nami i wypraszaj nam więcej takich dusz niewinnych”.

Po lewej stronie: „Kochanej córce postawili rodzice”.

W trzecią rocznicę śmierci ekshumowano ciało Karoliny, umieszczono je w metalowej trumnie i przeniesiono z cmentarza grzebalnego na cmentarz przykościelny. Uroczystości przeniesienia przewodniczył biskup L. Wałęga.

Dnia 10 czerwca 1987 roku podczas mszy św. na tarnowskich Błoniach, Ojciec Święty Jan Paweł II ogłosił Karolinę Kózkówną – błogosławioną.